piątek, kwietnia 21, 2017

"Jak sobie zagrabisz, tak będziesz żyć" - "Kwietniowa czarownica" Majgull Axelsson

"Gdyby Margarecie kiedykolwiek przyszło do głowy wyhaftować na makatce swoje życiowe credo, to soboty stałyby się punktem wyjścia. Napisałaby: "Jak sobie zagrabisz, tak będziesz żyć". Bo tak było. Tak jak grabiły, tak żyły. 
Ledwie Ciocia Ellen znikała z ich pola widzenia, Birgitta rzucała grabie w trawę, podkradała się pod dom i niewidoczna z kuchennego okna, siadała pod ścianą i patrząc spod grzywki, ogryzała paznokcie. Do krwi. 
Margaretta gardziła nią za to. Ona nie chciała się wymigiwać, przeciwnie, zależało jej na tym, żeby podwórko ładnie wyglądało. Zamaszyście machała grabiami, rysowała kwiaty, konie cyrkowe i księżniczki, po czym wybuchała płaczem, widząc rezultaty. Wcale nie było widać, jak bardzo się stara! Nic a nic. 
Tylko Christina grabiła, jak należy, pod jej grabiami żwir układał się w równiutkie pasemka. Najpierw robiła swoją część, potem Margarety, a na końcu Birgitty. Nigdy nie narzekała, trochę się tylko obawiała, że zostanie na tym przyłapana i pracując w pośpiechu - dla sióstr - rzucała lękliwe spojrzenia w stronę kuchennego okna.
Chociaż... siostry jak siostry..."



"Kwietniowa czarownica" Majgull Axelsson czekała grzecznie na półce co najmniej dwa lata. Skrywała wszystkie emocje i lęki. Gdy sięgnęłam po nią z początkiem kwietnia - tak jakoś, po prostu -  nawet nie spodziewałam się, jak mocno we mnie uderzy.
Ostatni rozdział czytałam na wdechu. Bałam się głębiej odetchnąć. Przeczytawszy ostatnie zdanie, ciągle bałam się wrócić do spokojnego oddechu. Niesamowita powieść, która przeczołgała mnie emocjonalnie (gdzieś kiedyś przeczytałam taką frazę i myślałam, iż jest przesadzona, ale dokładnie to ze mną zrobiła "Kwietniowa czarownica"). Lektura tej książki nie była ani łatwa ani przyjemna, dotknęła mnie do żywego; była swego rodzaju katharsis.
To powieść o Szwecji lat pięćdziesiątych, ale też o czterech bardzo nieszczęśliwych kobietach, a nawet o pięciu, ale bólu tej ostatniej trzeba się domyślić. O pewnym lekarzu, pewnym szpitalu, pewnej miłości. I Wielkim Dowcipnisiu, ale jego roli tu nie zdradzę. Oraz o magii związanej z kwietniową czarownicą, która "może przemieszczać się w czasie i przestrzeni, może się ukryć w kropli wody i w owadach z taką samą łatwością, z jaką bierze w posiadanie ludzi".


Nie wiem, czy którąś z bohaterek można uznać za główną. Jednak tytuł łączy się z Desiree -upośledzoną kobietą przebywającą od lat w szpitalu dla przewlekle chorych. Do  ośrodka opieki społecznej trafiła zaraz po urodzeniu, bowiem uznano, iż tam jest miejsce tak chorego dziecka. Ellen - jej matka - przyjmuje pod opiekę inne dziewczynki; jak to państwo określiło - zdrowe i normalne...
I tu zaczynam się zastanawiać, czy pisać o szczególnej umiejętności Desiree, jej niezwykłych zdolnościach, silnej więzi z "siostrami", związku z doktorem Hubertssonem czy przedstawić trzy pozostałe bohaterki. Może wyjaśnię, o co chodzi z tym zagrabianiem...
Podejście do tej prostej, cotygodniowej czynności grabienia charakteryzuje dziewczynki, które trafiły pod opiekę Ellen. Historia każdej z nich jest równie tragiczna i pełna bólu. Napiszę jeszcze tylko, iż Desiree wie, kim są wychowanice jej matki, zna je, a one o niej nawet nie wiedzą. Raz o jakimś "potworku" usłyszała Birgitta, ale nigdy dłużej się nad tym nie zastanawiała.
Najstarsza z nich jest Christina - pani doktor, mężatka, matka dorosłych już bliźniaczek, córka psychicznie chorej kobiety, całe życie odczuwająca brak akceptacji, samotna. Porządna, poukładana, nudna...W stworzonym przez nią domu każdym jego detalem zdaje się oddawać cześć  Ellen - jedynej, która okazała jej uczucie. A może pedantyczne wnętrze pozwala jej utrzymać porządek ze sobą?
Margareta -  ma doktorat z fizyki. Wyszła na ludzi, pomimo że jako dziecko została porzucona w pralni. Była u Ellen pierwsza, była u niej najdłużej.  Przywłaszczyła sobie jej uczucia. W dorosłym życiu - wyłącznie w wolnych związkach.
Birgitta do Ellen trafiła jako ostatnia. Swoista femme fatale. Buntowniczka. Niszczy siebie i innych. Ćpunka. Alkoholiczka. Prostytutka. Skreślona przez siostry i świat. Ciepło myśląca jedynie o swej prawdziwej matce, która jednak też się jej wyrzekła.


Poznajemy je w przededniu  przesilenia wiosennego -to dość istotny czas dla kwietniowej czarownicy.  Wszystkie dobiegają do pięćdziesiątki. Żadna nie uporała się z przeszłością,
Przedstawiłam główne bohaterki w zaledwie kilku zdaniach. Wydawać by się mogło, że fabuła nie może być skomplikowana, wiadomo, że będzie o samotności, odrzuceniu, potrzebie akceptacji, miłości, traumie, bólu, pustce. I owszem - będzie. Axelsson nie daje jednak gotowych odpowiedzi. Nic nie jest jednoznaczne. Powieść jest niesamowicie skonstruowana. Losy kobiet łączą się, przeplatają. Historia miesza się z teraźniejszością, realizm z magią, psychologia z baśnią.
Nie mogłam odłożyć tej książki. Jest hipnotyzująca. Jest bardzo realistyczna. Do bólu prawdziwa. Porażająca.

1 komentarz:

  1. Axelsson jest niesamowita. Jej powieści przeżywa się całą sobą.

    OdpowiedzUsuń